Jak każdy młody buntownik - Franio nie lubi sprzeciwu rodziców np. wobec usilnej potrzeby wyciągania roweru przy każdej nadarzającej się okazji kiedy jesteśmy w garażu.
Ta awersja do sprzeciwu wiąże się czasem z "Nie wolno Franio!". Biada temu kto takie słowa wypowie w obecności Franka, jeśli ten uzna, że jednak czynność którą chce wykonać jest dozwolona. Działa jak płachta na byka, przy czym byczek zamiast buchać parą z pyska, wykonuje powolny gest zbliżającej się do uszczypnięcia ręki z grymasem na twarzy i zaciśniętymi wyeksponowanymi zębami. Takie zachowanie oczywiście jest karcone poprzez uszczypnięcie byczka aby pokazać że ... "Tak też nie wolno" - z różnym skutkiem, bo zwykle jeszcze jakieś próby uszczypnięcia są prowadzone.
Franio nie lubi zdecydowanie gdy ktoś na jego pisk oznaczający sprzeciw sytuacji odpowiada również piskiem - "Ne ne ne!". O tym, że nie wolno stwarzać konkurencji i głośny pisk jest nieprzyjemnym bodźcem dowiedzieliśmy się przy okazji wizyty 5-letniej sąsiadki, która taką metodę uciszania głośnych "protestantów" nam objawiła. Cudna para :) "Franio, chodź się ze mną wykąpiesz, no chodź, proszę, proszę, proszę!" ... skończyło się jednak "Ne ne ne!". Franek nie jest chyba jeszcze gotowy powtórzyć (taka sytuacja miała miejsce gdy był malutki) tej czynności - to zbyt poważny krok i ma tego świadomość.
Po ostatnich doznaniach medycznych:
- interwencja laryngologiczna = niezbędna dwuosobowa asysta,
- pobranie krwi do badania ImuPro100 (alergia pokarmowa IgE - zależna) = niezbędna trzyosobowa asysta,
Białe fartuchy nie cieszą się ani szacunkiem ani powodzeniem!
Ciekawe jakby zareagował gdybyśmy pojechali do piekarni niedaleko Kinowej na Pradze gdzie 24h/dobę można kupić gorrrący chlebek, a drzwi zaplecza zawsze ktoś w białym kitlu otworzy?
To nie jest jednak tak, że Franek nie lubi lekarzy. Chyba lubi, a właściwiej: akceptuje, jednak jeśli kitla się pozbędą. Ostatnim przykładem niech będzie wizyta domowa lekarza, gdzie książe został OBUDZONY przez Panią doktor, ZBADANY stetoskopem i dwukrotnie POKAZAŁ GARDŁO z użyciem drewnianego patyczka. Po tym wszystkim przyniósł Pani doktor Petsy (takie plastikowe zwierzaczki z przerośniętymi głowami) w ten sposób wymieniając je na stetoskop którym zbadał cycy taty (oj korciło żeby ukręcić suta, ale się powstrzymał), a następnie dywan i klocki Duplo.
Franio nie lubi też, kiedy pochłonięty zabawą miałby ją przerwać (to jeszcze nie jest tragedia) nie otrzymując informacji o możliwej alternatywnej formie rozrywki (to już przesada! - uważa Franio). Tu pojawia się grymas, 'ne ne ne', płacz, krzyk, pisk, czerwona twarz, łzy jak grochy, kręcenie głową, wyginanie się w rękach oprawcy (taty lub mamy). Kolejność zachowań można przestawiać. Cóż się dziwić? Zabawa to przywilej dziecka z którego trudno zrezygnować. Szczęśliwie jednak dotyczy to wyłącznie tych momentów kiedy dziecko się jeszcze nie "wybawiło". Ostatnie wystąpienie miało miejsce podczas wizyty w jednym z przedszkoli (ocena adaptacji w grupie), gdzie na sygnał dzieci miały zakończyć zabawę chowając zabawki i przejść do kolejnych ćwiczeń. Uwierzcie mi, że nawet najwięksi ignoranci z 8 osobowej grupy przedszkolaków zwrócili uwagę na osobę Franka, choć mieli baaardzo dużo powodów do tego aby je zignorować (grupa słabiej funkcjonująca). Osobiście Frankowi się nie dziwię, bo w bloku 45min przeznaczonym na "zabawy dowolne" zmiana zabawek po 15min nie jest zbyt uczciwa. Ile torów można w 15min rozłożyć i ile pociągów zdobyć czując oddech konkurencji (nierzadko gotowej do agresywnej aneksji mienia).
Franio nie lubi jabłek ... innych niż te które lubi. Choć na odmianach jeszcze się nie zna to zawsze przed konsumpcją właściwą, jabłuszko należy polizać aby sprawdzić gatunek (Ligol, Jonagold - twarde i soczyste - oto prawdziwe jabłko). Z punktu widzenia zdrowia małego alergika, najmniejszą ilością fenoli (tu niezbyt porządanych) cieszy się odmiana Red Delicious (dostępna niekiedy w marketach Biedronki).
Franio nie lubi jak w "płynnej" zupie trafi się cząstka stała (np w postaci kawałka warzywka). Kluseczki w zupie to jednak co innego i są akceptowalne. Przy wykryciu intruza całość idzie do analizy na pulchatą łapkę, a z niej do talerza. Trudniejszą w akceptacji formą dla osób o słabych nerwach jest parsknięcie taką oszukańczą potrawą w akcie sprzeciwu przed jawnym oszustwem.
Babka płesznik. Coś strasznego! Udało się ze smakiem tylko pierwszą łyżeczkę (z westchnięciem "aaaach" - w domyśle: "jakie dobre":). Druga łyżeczka rozmoczonych bezsmakowych lepistych ziarenek, zostala przyjeta kolejnego dnia przez zaskoczenie, lecz w kolejnych już dniach próby kończyły się fiaskiem i mnóstwem ziarenek wyplutych na wszystko dookoła z nieukrywanym grymasem na twarzy i płaczem. Ostatnia próba miała miejsce w wannie. Woda wyglądała jak po inwazji czarnych pcheł.
Ostatnio nie lubi się kąpać w następstwie czego jest czas na sen (trudno to stworzonko zmęczyć jak baterie ładuje w 10min drzemki). Perswazja siłowa, lub spryt mamy są jednak w stanie w obu przypadkach zaradzić.
Pozycja na plecach - jest niedozwolona, nieakceptowalna, stresująca i w żadnym wypadku niedopuszczalna. Jeśli wziąć Franka na ręce jak małą dzidzię w pozycji na plecach wytrzyma do ok 2sek, po czym nastąpi seria wężowych wykrętasów zwykle napawająca osobę trzymającą strachem, że zaraz dziecko wypadnie z rąk.
Przykrywanie podczas snu ... śpi czujnie jak kura, więc każde przykrycie choćby najdelikatniejszym i najlżejszym kocykiem spotyka się z natychmiastową interwencją śpiących kończyn. Tu jednak po wprowadzeniu diety i zminimalizowaniu fenoli opór coraz częściej jest zastępowany ... akceptacją!
Bywa, że Franio w słabszy dzień nie lubi jak się go prosi aby wyrzucił nazbierane z żywopłotu kulki (owoce tego krzewu). Czasem rozstanie z tym drobnym obiektem pożądania przebiega w łagodnej formie, czasem jednak nie jest łatwo zrozumieć tą narzuconą niesprawiedliwość - bo jaki miałby być powód aby nie zanieść tych kulek do domu i nie wozić ich autami? Innym razem po "Franiu, ale nie zbieramy kulek. Trzeba je wyrzucić!" otrzymujemy jasny komunikat głową na "tak" (taka nieformalna zgoda), po czym kulki są wyrzucane na ziemię i po chwili następuje konsternacja, sprawdzenie zawartości rączek i płacz z niedowierzaniem "co ja najlepszego zrobiłem? Gdzie są moje kulki?" i paniczne poszukiwanie ich w trawie, w którą zostały rzucone. Ostatnio był śnieg, więc łatwo było je zauważyć by ponownie pielęgnować w dłoni. Trudność polegała jednak na tym, żeby chwycić kulkę (mniejszą od groszku) w pięciopalczastej rękawiczce, która nie dość, że się ściągnęła jak skarpeta i po dwa palce w jednym paluchu chowała przed mrozem, to jeszcze przyklejał się do niej ten mokry i zimny śnieg. Wszystkie te czynniki przy każdej próbie podniesienia owocu ze śniegu wywoływały jęk niezadowolenia ('uuu').
Dużo tego nie ma, ale od tych aktów zdenerwowania przeszliśmy już do rytuałów, a to już materiał na osobny post.