środa, 18 marca 2015

Nasza kuchnia

Nasza kuchnia od początku roku przeszła TOTALNĄ metamorfozę. Tak jak Franka dosięgnęły nietypowe potrawy, tak i rodziców dotknęło czyszczenie szuflad z produktów "skażonych".

Łatwiej oczywiście pisać to nie związanemu z przygotowaniami tacie konsumentowi, jednak wprowadzenie zmiany w podejściu do produktów spożywczych nie jest tak trudne jakby to się wydawało na samym początku. Kwestia zamiany "skażonych" produktów ich odpowiednikami lub kombinacją odpowiedników. Oczywiście najlepiej byłoby odpowiednio zbilansować taki jadłospis, ten etap jednak nadal przed nami (dobrze rokująca pani dietetyk rozpoczęła od zlecenia szeregu badań nie zaś od zmian w jadłospisie).
Tak więc po krótce kilka prawd*:
- zmiana mąki pszennej, żytniej, Szymanowskiej, Wrocławskiej, Warszawskiej czy Łowickiej na mąkę kukurydzianą, amarantusową, gryczaną
- wszystko co ma siarczany, benzoesany oraz różne "niany" przeznaczone jest do długotrwałego przechowywania w razie "W" (czytaj: "w razie wojny"). Innymi słowy można zakopać w ziemi i po odkopaniu przez kolejne pokolenia naszych dzieci nadal będzie się nadawać do spożycia (o ile do tej pory życie na planecie nie zaginie)
- do smażenia:
   - olej kokosowy rafinowany (wybitny w każdym calu!) - wygląda jak smalec, bezwonny (rafinowany), znakomicie izoluje potrawę smażąc ale nie przywierając, baaaardzo wydajny bo na patelnię wystarczy pół łyżeczki,
   - olej konopny,
   - olej rzepakowy,
   - olej z pestek winogron,
- mleko konopne (Franio się nim upija przed snem) lub kokosowe (nigdy gotowe - własnego wyrobu),
- do słodzenia: Ksylitol lub cukier trzcinowy ale w rozsądnych dawkach lub miodek rzepakowy (najmniej uczulający)
- do kotleta mięsnego - zawsze enzym (Bromelaina)
- do innych potraw obiadowych - zawsze probiotyk (Advanced 40+ Acidophilus)

Co z tego można wyczarować dodając szczyptę jadu ropuchy i pazur nietoperza?
Lody fistaszkowe (upierdliwe bo wymagają mieszania co godzinę przed zastygnięciem, ale pięknie się odwdzięczają), muffiny (babeczki) bananowe, muffiny fasolowe (pyszne choć toksyczne dla otoczenia jak się okazało), kotlety brokułowe, zupę dyniową (Och! Dynio kształtna dynio! Dlaczego ja Cię wcześniej nie znałem?), 


... cd ... w przygotowaniu ...

*tu powinny się wypowiadać mama i ciocia (czyli dwie czarowniczki nieustannie gotujące swe wywary w kotłach)

Droga przedszkolaka

Tu postaram się zamieścić rozważania odnośnie przedszkoli, tego co nas zaskoczyło, urzekło, rozczarowało.

Wybranie właściwej placówki graniczy z cudem ale jest też przepis na dokonanie nieprzypadkowego wyboru:
- szczypta wywiadu (rodzice i terapeuci prawdę Ci powiedzą, dyrekcja już różnie)
- dwie garście wizji lokalnej (zapoznanie się z dyrekcją, personelem, zasadami, infrastrukturą)
- dwie łyżki szczęścia lub przypadku (możesz trafić na niewłaściwą porę, osobę, lub ... wręcz przeciwnie)
- talerz zupy z lokalnej kuchni lub cateringu
- szklanka tego co może placówka zapewnić w ramach opłaty (lub bez niej), czyli wszelakie zajęcia, terapie, sale, warunki, indywidualny personel wspierający (tzw. "cień")
- sypkie zapewnienia i obietnice



- - - = = = kompletny proces i wrażenia ... już wkrótce = = = - - -

Therapeutic Listening (TM)

2 tygodnie słuchania w ramach TL za nami (w zasadzie to za Franiem) więc pokusić się można o jakieś podsumowanie (tym bardziej, że teraz uszy i mózg odpoczywają przez tydzień przerwy).
Zaskakujący był już sam start. Mama i tato bardzo się go bali. Oboje przeczuwaliśmy, że przekonanie Franka do założenia słuchawek które nie będą sprzęgnięte z tabletem i bajkami/filmami z YT będzie baaardzo trudne. Szacowane przez p. terapeutkę 3-4 dni adaptacji zostały skrócone do ok. 30min! Mimo zdecydowanego sprzeciwu wobec słuchawek na głowie, udało się zainteresować Franka akcesoriami z jakich przychodzi korzystać przy terapii SI (ciekawość ma przerażającą moc!) i w zamian za założenie słuchawek uzyskać dostęp do interesującej zabawki (tu hitem okazały się: drewniany tor z pociągami i masażer na karbowanych kółkach). Kłopotem okazało się utrzymanie słuchawek na głowie zwieszonej w dół nad torami z pociągami. Z uwagi na konstrukcję (nie mogą nadmiernie uciskać a są naprawdę lekkie i wygodne) w takiej pozycji po prostu zjeżdżały z głowy co spotykało się z brakiem akceptacji takiego stanu ze strony małego pacjenta. Umowa była bowiem taka: "bawimy się pociągami jak słuchawki będą na głowie". Wobec tak postawionych warunków KAŻDE bezwiedne zsunięcie się słuchawek ze złotej czupryny NATYCHMIAST było korygowane przez Franka SAMODZIELNIE lub (w przypadku gdy słuchawki całkowicie zjechały z głowy) ktoś z dorosłych był proszony o ich PONOWNE założenie. Słuchawek, które przez pierwsze kilkanaście minut zajęć zostały znienawidzone i uwalniały taką złość i emocje jakich dotychczas NIGDY nie doznaliśmy! Magia!
Aby nie zaprzepaścić sukcesu, po pierwszych próbach odpuściliśmy stabilizację słuchawek za pomocą gumowej taśmy, która zwykle przytrzymuje słuchawki na małych głowach, a w tym przypadku nie cieszyła się dobrą opinią ciągnąć włosy jak za mały czepek pływacki. Korekta położenia słuchawek była więc dokonywana ręcznie. Gumka na następne zajęcia wyewoluowała więc do "bandany" wiązanej na głowie. Tak oto Franek pojednał się ze słuchawkami terapeutycznymi (Sennheisser HD500A).
To pierwszy krok milowy terapii TL - 23minuty słuchania na pierwszych zajęciach w znienawidzonych słuchawkach! Kwestię histerycznego sprzeciwu wobec sprzątania pociągów i obrazę na terapeutkę (co wyszło kolejnego dnia), która mimo wszystko pociągi chciała schować  - pominę.
Drugim krokiem milowym była niemal natychmiastowa reakcja na słowa terapeutki (bez użycia gestów wskazujących) "Franek nie podoba mi się jak siedzisz". Franek siedząc klasycznie w pozycji "W" z tyłeczkiem pomiędzy stopami (taka rozklapiona pozycja "na kolanach") natychmiast poprawił się siadając z wyciągniętymi do przodu wyprostowanymi nogami. Co to oznaczało? Słyszy, słucha, rozumie i reaguje! Wszystko jak się okazuje jest kwestią motywacji i metody dotarcia informacji.
Trzeci krok milowy to zwiększona koncentracja przy wykonywaniu "zadań/ćwiczeń/zabaw". Czasem do tego stopnia, że głowa "parzyła" a koszulka aż wilgotniała.
Czwarty krok milowy to koordynacja ruchowa, która mimo wcześniejszych prób (przed rozpoczęciem terapii) pozostawiała wiele do życzenia. Tu zbawienne okazało się zaplanowanie ruchu a przede wszystkim jego zrozumienie. Rzut piłki podczas bujania się w hamaku jest najskuteczniejszy kiedy hamak jest wychylony niemal maksymalnie w kierunku, w którym ją rzucamy (nie jak to bywało kiedy "wraca"). Chodzi choćby o to, żeby zrozumieć że najlepiej piłkę wypuścić z rąk wspomagając się dodatkową siłą wyrzutu samego hamaka (huśtawki).
Ostatnie dwa elementy doskonale podkreśliło ćwiczenie realizowane już w domu podczas zajęć niedzielnych kiedy to sami musieliśmy realizować terapię TL. Sceneria: tor przeszkód z krzeseł, dwóch foteli, podnóżków, stolika, dwustopniowego drewnianego taboretu i śmietnikowych skarbów taty (ścinki białej płyty meblowej). Przez tak rozstawiony tor przeszkód należało przenieść dwie (taką ilość zawodnik wybrał) piłki z suchego basenu umieszczając je na końcu toru w pudełku po badziewnej, chińskiej, zdalnie sterowanej motorówce z Allegro. Nie byłoby w tym może nic trudnego, gdyby nie fakt, że rozstawione elementy wymagały nieco kombinowania bo reprezentowały:
- różną strukturę/fakturę (miękki fotel utrudniający zachowanie równowagi vs twardy stołek),
- różną stabilność (bujany fotel IKEA vs krzesło vs odwrócony podnóżek pracujący jak pływająca tratwa,
- różną wysokość (+/- 15cm w tak zmiennych warunkach to dla dziecka spore wyzwanie),
- różny układ nie zawsze pomagający w ruchu (fotel pochylony poprzecznie do ruchu).

Zadanie było wykonywane z taką pasją, skupieniem i entuzjazmem jakby uczestniczyło w nim jeszcze co najmniej kilku zawodników, a ich oddech czuć było na plecach. Piłki w rękach skutecznie uniemożliwiały podparcie w sytuacjach utraty równowagi (np. na poprzecznej pochylni jaką był fotel) i wymagając wsparcia się nadgarstkiem (aby nie utracić piłek). Z każdym przejściem tor stawał się łatwiejszy, ruch bardziej przewidywalny. Wiadomo np. było że przejście z twardego taboretu na miękki fotel grozi utratą równowagi, a ze stolika na pochyły bujany fotel wymaga podparcia aby nie wylądować na jego oparciu.

Tor w następnej odsłonie ewoluował do cyrkowych występów. Zastosowane zostały dwie półtorametrowe kładki z płyty meblowej rozmieszczone pomiędzy rozsuniętymi krzesłami na których znajdowały się poduszki o które się kładki wspierały. Celowe użycie poduszek spowodowało że kładki stały się "pływającym" na wysokości 0.5m pomostem. Przejście przez nie wymagało koncentracji aby nie stracić równowagi i nie wpaść w ramiona asekurujących taty (asekurującego z dala), czy mamy (preferującej bliski kontakt).

Kolejna odsłona toru przyniosła utrudnienie w postaci rozstawionych po torze plastikowych pachołków, które należało zebrać. Trudność polegała na tym że należało połączyć kilka ruchów: zachować równowagę np. zatrzymać się na środku kładki gdzie znajdował się pachołek, schylić się po niego (co wymagało stałej kontroli pozycji własnego ciała i kontroli niestabilnego podłoża - kładki na poduszkach), podnieść pachołek, odwrócić go "do góry nogami" (jak rożek do lodów) i umieścić w nim wszystkie dotychczas zebrane pachołki ("rożki") uważając aby z pierwszego z nich nie wypadła piłka (lekka plastikowa z suchego basenu). Wszystko to na środku niestabilnej "deski" szerokości kilkunastu centymetrów.

Inne przeszkody oprócz takiej podniebnej kładki to:
- przeszkadzajki, które należało ominąć (jak szczotka-jeż na którą wdepnąć nie byłoby miło),
- dziurawe kładki (półki regału z desek pomiędzy które może wpaść stopa),
- pochylnie (z tego samego materiału).

Jednym słowem - 10 w 10-stopniowej skali trudności malucha ze spektrum autyzmu.
Największym prezentem dla konstruktora takiego toru była szczera chęć pokonywania go w kulminacyjnym momencie okraszana wypowiadanym pod nosem "noni, noni, noni" (to akurat cytat z bajki o cyrkowcu Pumba czyli adekwatnie dobrana do sytuacji fraza).

Tyle w zakresie ruchu, choć można do tego jeszcze dodać znacznie rozszerzone umiejętności w zakresie planowania ruchu, kontroli własnego ciała (np. zeskok ze zjeżdżalni odbywa się już bez upadku).
Rozwinięciu uległy również koncentracja słuchowa, kontakt wzrokowy (czasem zachowywany tak długo, że się kolana uginają przed tymi świdrującymi niebieskimi oczami), język (doszły dodatkowe określenia: "klam klam" to płatki kukurydziane, "uni" to piosenka "Buni"), potrzeba interakcji z innymi dziećmi podczas zabawy, częstsze niż dotychczas zachęcanie do zabawy dorosłych, zabawa pozorowana lub przełożenie rzeczywistego zachowania na zabawę (nalewanie do mikrowiaderka wody z kranu aby napoić Playmobil'owego konika).

Tak więc dzieje się naprawdę mnóstwo dobrego.
c.d.n.

sobota, 28 lutego 2015

Co już umiemy, a gdzie są deficyty?

Poza wymownie artykułowanymi 'ma ma' i 'ta ta' w zasadzie trudno mówić o 'mowie' Frania. Od czasu wprowadzenia diety pojawiło się wiele jednosylabowych dźwięków, jak choćby 'da' oznaczające 'daj'. Nie jest ono jednak wykorzystywane samodzielnie w kontekście jakiejś sytuacji, a jedynie po wcześniejszym upomnieniu przez Franiowego rozmówcę: "Co trzeba powiedzieć? Mama/Tata daj!". To wymuszanie zastosowania tej frazy w odniesieniu do konkretnej sytuacji jest bardzo znaczące, ze względu na podkreślanie wagi mowy w procesie komunikowania potrzeb. Za każdym razem, upomniany słowami "powiedz: tata daj!', Franio zaczyna swoją mantrę od 'ma ma', następnie przechodząc przez 'ma ta' do 'ta ta'. Widać, że w zakresie oralnego komunikowania potrzeb Franio wymaga jeszcze wsparcia.
To delikatne przejście przez 'ma ta' wyraźnie wskazuje, że jest problem z torowaniem głosek. Co za tym idzie (a być może nawet jest źródłem) Franio ma problem z określeniem osobowości rozmówcy w przypadku gdy pyta o samego siebie - czyli takie 'ja osobowe'. A więc gdy tata pyta "gdzie jest tata?" lub "gdzie jest Franio?" to jest wymowne poszukiwanie w pomieszczeniu kogoś, kto by się do tego opisu nadawał. W chwilach większego skupienia udaje się ten podmiot wskazać paluchem wraz z wymownym "du". Są jednak i trudniejsze chwile, gdy np. chęć stania się posiadaczem upragnionego przedmiotu jest tak wielka, że rozprasza całą Frania uwagę, co skutkuje "dziuganiem" palcem po wszystkich w pomieszczeniu aż trafi się na właściwą osobę.
Planowanie ruchu. Tatowy konik :) Obecnie w tym obszarze jest znaczna poprawa. Nie da się ukryć, że dużą rolę tu odegrało pokazywanie konsekwencji jakiegoś niewłaściwego ruchu (np. pochylenie się do przodu stojąc na krześle grozi upadkiem). Wcześniej było "rzucanie się w przepaść", aktualnie jest badanie czy osoba będąca w pobliżu wyłapie skoczka, czy też trzeba zakomunikować potrzebę zejścia z podwyższenia. Tak samo widać już coraz większe postępy w chodzeniu po schodach krokiem naprzemiennym bez asekuracji (ściana / poręcz / "opiekun"). Co prawda jest cały czas to zależne od wysokości schodka i jego głębokości, jednak coraz rzadziej zdarza się postawienie stopy w połowie schodka (nawet przy ruchu dostawnym). Co dziwne, OD ZAWSZE Franek wiedział, że jeśli trzeba założyć np. kurtkę to, z ręki która wchodzi w rękaw , trzeba przełożyć zabawkę lub przekąskę do drugiej (wolnej) ręki. Inną ciekawostką jest np. hasło "Franio, będzie niespodzianka!", które (choć jest już znacznie lepiej) owocuje szczelnym zakryciem oczu dłońmi (bo przecież podglądać nie wolno!), jednak do pewnego czasu powodowało utrudnienia w poruszaniu się (interakcję z przeszkodami). Inną ciekawostką jest np. to, że o ile do pewnego czasu trudno było Frankowi przewidzieć jak postawić stopę na schodach aby cała miała kontakt z podłożem, o tyle na tym samym etapie rozwoju pokonywał sznurową sztywną siatkę (taką drabinkę-pochylnię). Nadmienić należy, że przy tym ćwiczeniu dochodziły dodatkowe elementy jak utrzymanie równowagi na niestabilnym podłożu o małej powierzchni i czasem tylko trzech angażujących punktach podparcia (nieuwaga może kosztować upadek z około metrowej wysokości).
Kontakt wzrokowy. Niegdyś nieobecny zupełnie, nawet gdyby głowę Frania trzymać przed swoją twarzą. Wzrok był skierowany wówczas "przez osobę" lub obok niej z usilną potrzebą zrotowania głowy w ten sposób uwalniając ją z unieruchomionej pozycji. Aktualnie każde nawet najsubtelniejsze wezwanie "Franio popatrz (na mamę / tatę)!" jest realizowane przez kilku sekundowy (ale jednak!) kontakt wzrokowy. Bywa jednak tak, że trzeba na ten kontakt poczekać (jeśli nie ponowi się prośby). Dzieje się tak w sytuacjach gdy Franio jest pochłonięty zabawą lub z pasją bada jakieś zagadnienie (np. jak tu zebrać krople wody z wanny do kubeczka). W takich przypadkach kontakt może nastąpić po dokończeniu czynności (czyli np. przeniesieniu kilku kropel na paluszku do kubka).
Taka usilna potrzeba dokończenia jakiegoś działania może wynikać z ilości uwagi jaką Franek poświęca na to działanie. Innymi słowy, jeśli czynność jest rutynowa (ale bez oznak uzależnienia!) nie trzeba całej uwagi jej poświęcić. Jeśli jednak Franek odczuwa, że to działanie to epokowe wydarzenie i będzie ono miało wpływ na losy ludzkości, to trudniej wyrwać się wówczas z jego magicznego pola. Tato to rozumie bo miewa podobnie ;)
Z tym słuchaniem komunikatów i reagowaniem zgodnie z oczekiwaniem nieodłącznie jest związana koncentracja. Tu deficyty widać co przy okazji wizyty do orzeczenia o niepełnosprawności skwitował pan psycholog słowami "Proszę popatrzeć! Spokojne śliczne dziecko, piękne oczy autystyka, a ile się dzieje? Tam cały czas trwa przetwarzanie. Mózg pracuje na najwyższych obrotach." Na koncentrację uwagi niestety znamy jeszcze niewiele technik. Za kilka dni zaczynamy terapeutyczne słuchanie (nadmieniłem o zakresie i zaletach w innym poście) i w nim pokładamy wiele nadziei ... i obaw (bo wymagać to będzie siermiężnej antyelektronicznej musztry).
Chodzenie na palcach. Tu bez kapci niestety jest coraz gorzej ostatnio. Związane jest to z dostymulowywaniem nerwów głębokich (te w okolicy paluchów stóp widać są najbardziej podatne). Upomnienie "Franio, ale nie chodzimy na paluszkach!" zawsze działa, co jest przez Franka w przerysowany sposób okazywane poprzez stanięcie na pełnych stopach wraz z przykucnięciem kuperka (czyli taki "kucak" nam wychodzi). To samo dotyczy siadania w pozycji 'W' (jak nam to ładnie pani fizjoterapeutka określiła). Na komendę: "Franio, ale trzeba ładnie usiąść bo będą nóżki krzywe jak u wujka Jacka Kamińskiego!", Franio usiądzie poprawnie, choć za jakiś czas podczas zabawy nieświadomie powróci do niekorzystnego układu nóg (pozycja na kolanach z rozjechanymi stopami na boki, rozdzielonymi kuperkiem). Kultywowanie tej pozycji faktycznie skutkuje, nie szpotawością kolan (jak to mama kiedyś była w zwyczaju powtarzać po babci), tylko rozjechaniem nóg w grubaskowe A począwszy od kolan. Inwestycja we wkładki 3/4 supinujące (czyli rotujące na zewnątrz) ma za zadanie zlikwidowanie tej dziecięcej dolegliwości. Tę nieprawidłowość postawy łatwo zaobserwować jeśli złączone nogi w pozycji stojącej powodują stykanie kolan a odstęp pomiędzy wewnętrznymi kostkami stóp. Gwoli wyjaśnienia "szpotawość kolan" wikipedia określa jako nogi prostowane na beczce - o takie o "()".
Franio potrafi pożegnać rozmówcę jeszcze przed rozpoczęciem konwersacji poprzez gest ręką "pa pa". Znaczy to: "Nie chce mi się z Tobą gadać!" lub "Chodźmy stąd - wieje nudą!" Bardzo szybko (ku zaskoczeniu rodziców) Franio opanował różnicę pomiędzy "pa pa", a "hello / hej" czyli klasyczne machanie dłonią, jednak w zależności od sytuacji, w dwóch różnych płaszczyznach. Obyło się tu bez tłumaczenia przez tatę układu kartezjańskiego - zadziałało wyjaśnienie mamy.
"Piątka" / "żółwik" lub "żółwik beczka i piąteczka". "Piątkę" lub "cześć" Franio znał od zawsze, a "żółwika" nauczyli kelnerzy podczas 8-dniowych wczasów w Egipcie.

Więcej grzechów nie pamiętam ...
- KO NIEC -

wtorek, 24 lutego 2015

Co nas jeszcze czeka?

Dobre pytanie. 
Niestety oprócz zgłębienia odpowiedzi na kilka pytań pochodnych, tak na 100% być pewnym niczego nie można. Niezależnie od Frania i naszej sytuacji, w życiu przecież też trudno powiedzieć co przyniesie dzień następny. W przypadku autyzmu można jedynie rozstrzygać jeszcze na poziomie prawdopodobieństwa wystąpienia danej sytuacji. W życiu (pomijając nieodkryte aspekty zdrowotne) można pokusić się o stwierdzenie, że wiem czego mogę się spodziewać od dnia następnego.
Jedna terapia coś prostuje, inna krzywi (choć w wielu innych przypadkach pomogła). Każdy przypadek jest indywidualny, choć spektrum autyzmu (zakres zachowań cechujących tę przypadłość) jest określony ... ale i stale rozszerzany.

Frania przypadek (jak wiele innych) pokazuje, że takich założeń zrobić nie sposób, gdyż mnogość scenariuszy pisanych każdego dnia i dynamika zmian jakie zachodzą wywołuje lawinę opcji. Każdy dzień staje się więc baczną obserwacją każdego zachowania, analizowaniem i wyciąganiem wniosków.

Porzucając jednak tę filozoficzną dysputę chciałbym się skupić na tym co już wiemy.
Wiemy już, że Franio jest autystykiem (jak naprostowała żona - "dzieckiem ze spektrum autyzmu", ale autystykiem brzmi krócej), co znaczy, że natura (bez wnikania w źródło takiego stanu) obdarzyła go możliwością postrzegania tego świata w sposób odmienny. Ta 'inność' jednak, gdyby na chwilę świat zatrzymać, wydaje się być niekiedy normalnością, bowiem wszelkie zachowania uznawane obecnie za 'normalne' i społecznie akceptowalne, niekoniecznie kiedyś za takie uchodziły. Aktualnie normą jest przecież "naginanie prawdy", "koloryzowanie rzeczywistości celem uzyskania jakichś profitów", wreszcie zwykłe "kłamstewko", "kłamstwo", "podstęp" i inne nieszczere zachowania mające na celu uzyskanie własnych korzyści. Autystyk nie będzie kłamał, ani naginał prawdy. On ją przekaże w takiej postaci w jakiej ją postrzega, bo obce mu są zachowania pozorowane (jak choćby zabawa "na niby"). Celowo też nie wyrządzi krzywdy drugiemu człowiekowi, bo i takie zachowanie jest mu obce. Jeśli pojawia się agresja to nie jest ona wywoływana poprzez relację z innym człowiekiem lub słowo, a poprzez uwarunkowania neurologiczne wywołane jakimś bodźcem.
W określeniu tego jak będzie wyglądała przyszłość autystyka nie pomaga przede wszystkim złożoność problematyki zachowań ze spektrum autyzmu. Począwszy od oszukiwania zmysłów, poprzez mowę, ruch, relacje społeczne i zachowanie, wszystko wskazuje na to, że źródło w każdym z tych obszarów ma podłoże medyczne. To prawda, jednak znów złożoność problematyki poszczególnych obszarów nie pozwala na jednoznaczne określenie przyczyn(y) oraz skutecznego wyeliminowania dysfunkcji organizmu. W wielu przypadkach opierać się należy na teoriach, badaniach i dobrych praktykach i sądzę, że te ostatnie właśnie stanowią podstawę do skutecznego "wyleczenia" z autyzmu.
Czytam i nie wierzę, że sam to napisałem :)

Jak to zostało określone w jednej mądrej książce - autyzm jako jednostka chorobowa cechuje jednocześnie heterogeniczność konwergencji (inaczej ekwifinalności) i heterogeniczność dywergencji co znaczy że, tak samo jak badana wielkość cechująca autyzm (np. ilość neuronów Purkiniego - cytuję bo nie wiem co to) może wywodzić się z kilku czynników, tak samo jakieś zaburzenie może pochodzić z podobnych lub identycznych źródeł.
Znaczy to, że ... kto złakniony wiedzy - doczyta w necie lub książce (trudna "medyczna" pozycja: "Autyzm dziecięcy").

Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do medycznego podłoża. Kwestie działania organizmu autystyka znakomicie zobrazował mi/nam dr. Kulisz (źródło: YT), książka i materiały filmowe (źródło: YT) p. Renaty Radomskiej (przypadek Abigail). Kwestię szczepionek rewelacyjnie wyjaśnia p. profesor Maria Dorota Majewska (list otwarty do Wakcynologów - 2008, materiały YT z TV Lublin). Jest tego więcej, jednak te dla mnie osobiście są najbardziej znaczące, za co autorom i żonie szczerze dziękuję (żonie za to, że była w stanie odnaleźć / wyfiltrować takie informacje i zaszczepić mężowi).

Co mamy (w planach, lub "mamy mieć")?
Od marca zaczynamy 10-tygodniową terapię słuchową (z elementami terapii integracji sensorycznej), której celem jest zwiększenie koncentracji (takie powiedziałbym bardziej ćwiczenie zwiększające podzielność uwagi). To dość interesująca (technicznie) terapia bo realizowana w słuchawkach o półotwartej konstrukcji (18Hz do 38kHz, czyli daleko poza zasięgiem ucha ludzkiego) emitujących dźwięki (muzykę) zniekształconą tak, aby właściwie "dostroić" mózg (stymulacja układu przedsionkowego, proprioceptywnego, wzroku, węchu i uwagi słuchowej). Alternatywa dla metody Tomatisa.

Wraz z "Therapeutic Listening (TM)" będziemy realizować zajęcia z logopedą (1 dzień w tygodniu) oraz wprowadzamy elementy dogoterapii (pies po skończonym kursie), zachęceni zwiększonym zainteresowaniem zwierzakami po amatorskiej felinoterapii u znajomych (dwa młode ganiające się kocurki bawiące się autami Frania to dość ciekawy widok).

Wczoraj (23 luty 2015), po 12 dniach od wystawienia otrzymaliśmy orzeczenie o niepełnosprawności, które otwiera drogę do poszukiwań placówki oświatowej zwanej przedszkolem (temat na osobny post) ze wsparciem finansowym ze strony "państwa". Inną kwestią jest to, że za takie przedszkole prywatne mimo subwencji 4400/miesiąc placówka wymaga zwykle ok. 1600 - 700PLN. Za kilka dni (po 25 lutym) mamy otrzymać orzeczenie w sprawie Wczesnego Wspomagania Rozwoju (tzw. WWR), czyli dofinansowania umożliwiającego skorzystanie z 4-8h terapii (logopeda, neurologopeda, terapeuta SI, ...) uwaga ... 4-8h miesięcznie. Trochę śmieszna ilość godzin szczególnie, że podczas wizyty orzekającej otrzymaliśmy informację, że godzina dziennie - to za mało (tyle np. oferują 10-tygodniowe prywatne zajęcia metodą Therapeutic Listening (TM) w cenie 3kPLN).

Oprócz tego, po otrzymaniu wyników testu ImuPro (14 lutego) określającego stopień alergii na poszczególne produkty spożywcze czeka nas dodatkowa rewolucja w kuchni (dieta rotacyjna i minimalizowanie tego co już zminimalizowane). Kwestia kuchni doczeka się jednak osobnego posta, bo zupa z cukinii na bulionie warzywnym i "czekoladowe" muffinki z fasoli (!!!) oszukują nie tylko oko, ale i pozostałe zmysły (no może za wyjątkiem nosa po takich muffinkach).

Czekają nas również kolejne badania z krwi (ok. 14szt.) i kału (kilka szt. w pełni księżyca) zlecone przez p. dietetyk (chwała mimo wszystko, że są tacy ludzie którzy diety nie przepisują na podstawie pogody). Cały czas czekamy na wyniki badań analizy pierwiastkowej włosów (NY - USA zakopane w śniegu generuje opóźnienia).

Wyjątkowo nieudany post :)

Pozycje spania

... materiał foto w trakcie przygotowywania ...
... tu będą niezłe jaja ...

Ogólny stan zdrowia, badania i wyniki

Pomijając uzasadnienia do wykonania określonego badania skrócona lista poniżej z komentarzem:
- badanie EEG (zapis z mózgu we śnie fizjologicznym - skłonność do padaczki)
    (w normie, bez jakichkolwiek nieprawidłowości)
- obecność peptydów, toksyn w moczu
    (brak? ale tu muszę dopytać żony)
- badanie słuchu: tympanogram, badania audiofoniatyczne (badanie progów ABR - we śnie fizjologicznym)
    (tympanogram x2 - kanał drożny, progi ABR w normie)
- badanie laryngologiczne
    (rozpulchnione migdały włącznie z trzecim - bez infekcji, najprawdopodobniej na skutek jakiegoś alergenu)
- badanie nietolerancji pokarmowej (IgG zależnej typu III nie IgE jak mi wyjaśniła żona) - ImuPro 
    (w naszym przypadku zdecydowaliśmy się na średnią półkę - ImuPro100 - uczulenie na 47 z 90 badanych składników pokarmowych, w tym 14 w najwyższych stopniach 3 i 4 - zalecona dieta rotacyjna)
- analiza pierwiastkowa włosa
    (ponad miesiąc opóźnienia bo śnieg zasypał USA, co ciekawe żadnych wyrośniętych słupków wśród metali ciężkich - najwięcej ma Franek Alu, ale to pewnie po "tjuningu" Fiesty przez dziadka)
- badanie kału na obecność pasożytów i lamblii
    (brak takowych robali)
- badanie kału na obecność przerostu bardzo jak się okazuje popularnego grzyba candida albinaus
    (brak grzyba)
- badanie kału pod kątem obecności ziaren skrobii, włókien mięsnych, roślinnych, tłuszczów
    (tu też bez afery - wyglądające jak nie strawione mięso włókna okazały się być włóknami pochodzenia roślinnego)
- badanie krwi: małopłytkowość, TSH (tarczycowe), wątrobowe
    (wątroba najprawdopodobniej podrażniona po przebytej szkarlatynie i podaniu antybiotyku - stąd zapewne zwiększony wskaźnik ALT, poza tym w normie)
     (ponowione badania może nie są idealne w każdym wskaźniku, ale widać poprawę w zakresie pracy wątroby)
- USG (nie mylić z USB) wątroby, brzucha, układu moczowego
    (wątroba, trzustka ok, struktura miąższu jednorodna, poszerzenie miedniczki lewej nerki 7.2mm czyli bez zmian a cały Franio przecież rośnie)


- rezonans magnetyczny
    (przed nami, ale to wyzwanie aby Franio wjechał do tuby leżąc na plecach i wytrwał nieruchomo przy łomoczącej maszynie)
- badanie przesiąkliwości jelita
    (brak planów - tu chyba endoskopia wchodzi w rachubę)

niedziela, 8 lutego 2015

Franiowe kłopoty, czyli co nam przychodzi z trudem

Krótko i bez wstępu:
- mowa - choć mamy tego już trochę (patrz słownik w poście 'Frankowa podróż'), to cały czas jest to za mało jak na podręcznikowe standardy
- zabawa spontaniczna (choć pojawia się coraz więcej tego)
- zabawa pozorowana (choć aktualnie, ludziki piją wodę, jedzą z Frania miski, całują się, jeżdżą konno, zjeżdżają ze zjeżdżalni dla samochodów)
- okiełznanie trampoliny - nogi są nieposłuszne i każdy "skok" w górę musi być ze wspomaganiem asystenta/asystentki (staw skokowy nie wie jeszcze o co w podskoku chodzi)
- siadanie "po turecku", zamiast w pozycji z podkulonymi nóżkami rozdzielonymi tyłeczkiem - tzw. "W" (już niepolitycznie jest mówić "po turecku" - teraz siada się na kokardkę)
- nie chodzenie na palcach (stymulacja nerwów głębokich)
- ostatnio z uwagi na zmniejszoną aktywność fizyczną na powietrzu trudno nam się wyciszyć i zasnąć wieczorem
- z trudem omijamy stoiska Grycana
- z mniejszym już trudem frytki w McDonalds - teraz lepsze frykasy mamy w domu
- z trudem skupiamy się w przypadku dużej ilości bodźców (dużo zabawek umieszczonych w zasięgu)
- z trudem opanowujemy emocje przy ulubionych bajkach
- samoistne okazywanie empatii (choć poproszony zawsze uraczy buziakiem lub oszczędnym/zdystansowanym "tulaskiem")


Franiowe rytuały

Mimo, że w życiu codziennym wiele z osób pieczołowicie pielęgnuje swoje rytuały (czy to picie herbaty w ulubionym kubku i miejscu, czy też mniej świadome czynności), w autyzmie rytuały są niepożądanym zjawiskiem.
Wraz z rozwojem dziecka ulubione czynności się zmieniają (tak jest przynajmniej w przypadku Franka), stąd jedne zanikają, inne zaś (dotychczas ukryte) się nasilają.

W przypadku Frania, pierwszym chyba rytuałem była huśtawka. W jordanku (fajne słowo - czyt. na placu zabaw) nim zamknęła się furtka Franek stał już przy huśtawce. Problem był kiedy była zajęta :)
Huśtawka musiała być użytkowana minimum kilkanaście minut (20min to optimum żeby opuścić ją bez większych awantur).
Huśtawka miała też swoje ogromne znaczenie w domu/domach. W domu rodzinnym - umieszczona na drążku rozporowym w drzwiach, w mieszkaniu usilnie spłacanym bankowi - zakotwiona do sufitu. W kulminacyjnym okresie służyła jako terapeutyczne narzędzie do zasypiania. Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie. Występował do ok 2-go roku.
Drzwi, drzwiczki, szuflady. To rytuał mimowolnie wprowadzony przez dziadka, który jeszcze niemowlaka "oprowadzał" po kuchni i uczył otwierania szafek. Trudno się dopatrywać w tym niezdrowych zachowań - generalna zasada jest taka, że wszystko co jest otwarte, trzeba zamknąć. Franek nie pozostawił żadnej otwartej szuflady, czy szafki, nawet jeśli była to jawna prowokacja. O ile można by tu mówić o dobrym wychowaniu i dbałości o porządek, o tyle w przypadku drzwi z domykaczem (mechanizmem spowalniającym zamykanie) procedura zawsze musiała się zakończyć sprawdzeniem czy oby drzwi zostały właściwie zamknięte. Należało poczekać do momentu aż się domkną. Zapewnianie, że domkną się z całą pewnością, nie wchodziło w rachubę. Drzwi musiały się zamknąć i basta! W sytuacji gdy domykacz był wyregulowany na powolne zamykanie proces się wydłużał i niekiedy Franek sam drzwiom pomagał. To samo drzwi windy - tyle że tu jest celowa zwłoka czasowa, więc wyglądało to tak: otwarcie drzwi, wysiadka, niecierpliwe oczekiwanie na zamknięcie, zamknięcie drzwi, chwila zadumy, zamknięte, można iść.
Ulubione drzwi: wielkie przeszklone automatyczne w Leroy Merlin. Jeden z rytuałów zakończył się wciągnięciem (przycięciem) serdelkowych paluchów w intrygującą wnękę w której drzwi się chowały. Z uwagi na ówczesne działanie opioidów - bez oznak bólu.
Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie. Pozostałości można się doszukiwać w ponaglaniu do otwarcia drzwi windy.
Rower. Tu rytuałem było (jest?) to że przy każdej okazji gdzie rower był zauważony i dostępny (szczęśliwie tylko nasz!) Franek chciał być jego pasażerem usilnie się na niego gramoląc nawet jeśli nie było zamontowanego fotelika. Nie do opisania jednak była ta cicha euforia która rozgrywała się w tym małym ciałku jak już zostało zapięte w foteliku (przednim)! Myśl o tak zadowolonym pasażerku dodawała sił na każdym nawet najbardziej stromym podjeździe.
Aktualnie rytuał nadal aktywny choć uśpiony w okresie zimowym, lub przerzucony na sanki. Nieszczęśliwie obok naszej piwniczki w garażu podziemnym, sąsiedzi składują sanki które pożyczaliśmy, więc albo rower, ... albo sanki, albo ... no właśnie - trzeba dać dziecku jakąś alternatywę. Czasem wystarczy wyjaśnić, że idziemy tylko do samochodu, czasem do tego samochodu dostarczyć "siłą".
"Kot". Miauczący (póki nie padły baterie) trójkołowiec z rączką. W sezonie letnim, mimo naszych obaw cieszył się ogromną popularnością jako środek transportu dla leniwych nóżek. Fascynacja o tyle uporczywa, że za każdym razem po skończonym spacerze należało bestię ukrywać w piwnicy aby można było wyjść w Frankiem z domu bez kota, który w samochodzie był zbędnym wyposażeniem.
Kamyki ozdobne rabatowe / doniczkowe (taka biała "posypka" - wypełnienie donic a czasem ogródków). Zbieranie, przekładanie, noszenie, przesypywanie itd. Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie.
Kulki - owoce krzewów osiedlowych. Tu fascynacja tymi czarnymi mniejszymi od groszku owocami, nadal się utrzymuje. Niemal za każdym razem, przechodząc wzdłuż 250 metrowej długości żywopłotu należało się zatrzymać co 30cm i uszczypnąć kilka kulek. Kulki i kot w szczytowym okresie trochę się uzupełniały bo kocur posiadał bagażnik w postaci misy na którą można było kilka kulek urwać, co pozwalało wytchnąć łapkom i trzymać się kierownicy.
Kulki nadal cieszą się dużą popularnością, tym bardziej, że w okresie zimowym po pozbyciu się listowia przez żywopłot, owoce które się zachowały są doskonale widoczne i aż proszą się o zerwanie.
Aktualnie rytuał zastępują paprochy z dywanu (wszystkie drobiny możliwe do zebrania chwytem pensetowym) lub zmechacone kawałki materiału (narzuta, sweter mamy). Tak więc jeśli ktoś dysponuje mocherem, Franek chętnie go ogoli (5zł z metra).
Wszystkie paprochy lądują w autach (tam gdzie jest jakikolwiek otwór - kabina, skrzynia, bagażnik) lub wagonach pociągów. W sumie - czemu te pojazdy mają jeździć "na pusto"?
Z ostatnich obserwacji wynika, że i ten rytuał odchodzi do lamusa.

Hitem ostatnich tygodni lutego okazało się być jednak ... "TuTiTu". Początkowo myślałem, że to dźwiękonaśladownictwo, ale ktoś naprawdę tak nazwał bajkę! To renderowana animacja o latającym statku, który rozsiewa po scenie różne elementy, które złożone razem tworzą jakiś przedmiot (ciuchcię, plac zabaw, telefon, rowerek, ...). Jednym słowem "Adam Słodowy" dla najmłodszych.

Jak zaznaczyłem na wstępie, lista jest zmienna, więc z pewnością post będzie jeszcze niejednokrotnie aktualizowany.

sobota, 31 stycznia 2015

Czego Franio NIE lubi(ł)?

Jak każdy młody buntownik - Franio nie lubi sprzeciwu rodziców np. wobec usilnej potrzeby wyciągania roweru przy każdej nadarzającej się okazji kiedy jesteśmy w garażu.

Ta awersja do sprzeciwu wiąże się czasem z "Nie wolno Franio!". Biada temu kto takie słowa wypowie w obecności Franka, jeśli ten uzna, że jednak czynność którą chce wykonać jest dozwolona. Działa jak płachta na byka, przy czym byczek zamiast buchać parą z pyska, wykonuje powolny gest zbliżającej się do uszczypnięcia ręki z grymasem na twarzy i zaciśniętymi wyeksponowanymi zębami. Takie zachowanie oczywiście jest karcone poprzez uszczypnięcie byczka aby pokazać że ... "Tak też nie wolno" - z różnym skutkiem, bo zwykle jeszcze jakieś próby uszczypnięcia są prowadzone.
Franio nie lubi zdecydowanie gdy ktoś na jego pisk oznaczający sprzeciw sytuacji odpowiada również piskiem - "Ne ne ne!". O tym, że nie wolno stwarzać konkurencji i głośny pisk jest nieprzyjemnym bodźcem dowiedzieliśmy się przy okazji wizyty 5-letniej sąsiadki, która taką metodę uciszania głośnych "protestantów" nam objawiła. Cudna para :) "Franio, chodź się ze mną wykąpiesz, no chodź, proszę, proszę, proszę!" ... skończyło się jednak "Ne ne ne!". Franek nie jest chyba jeszcze gotowy powtórzyć (taka sytuacja miała miejsce gdy był malutki) tej czynności - to zbyt poważny krok i ma tego świadomość.

Po ostatnich doznaniach medycznych:
- interwencja laryngologiczna = niezbędna dwuosobowa asysta,
- pobranie krwi do badania ImuPro100 (alergia pokarmowa IgE - zależna) = niezbędna trzyosobowa asysta,
Białe fartuchy nie cieszą się ani szacunkiem ani powodzeniem!
Ciekawe jakby zareagował gdybyśmy pojechali do piekarni niedaleko Kinowej na Pradze gdzie 24h/dobę można kupić gorrrący chlebek, a drzwi zaplecza zawsze ktoś w białym kitlu otworzy?
To nie jest jednak tak, że Franek nie lubi lekarzy. Chyba lubi, a właściwiej: akceptuje, jednak jeśli kitla się pozbędą. Ostatnim przykładem niech będzie wizyta domowa lekarza, gdzie książe został OBUDZONY przez Panią doktor, ZBADANY stetoskopem i dwukrotnie POKAZAŁ GARDŁO z użyciem drewnianego patyczka. Po tym wszystkim przyniósł Pani doktor Petsy (takie plastikowe zwierzaczki z przerośniętymi głowami) w ten sposób wymieniając je na stetoskop którym zbadał cycy taty (oj korciło żeby ukręcić suta, ale się powstrzymał), a następnie dywan i klocki Duplo.

Franio nie lubi też, kiedy pochłonięty zabawą miałby ją przerwać (to jeszcze nie jest tragedia) nie otrzymując informacji o możliwej alternatywnej formie rozrywki (to już przesada! - uważa Franio). Tu pojawia się grymas, 'ne ne ne', płacz, krzyk, pisk, czerwona twarz, łzy jak grochy, kręcenie głową, wyginanie się w rękach oprawcy (taty lub mamy). Kolejność zachowań można przestawiać. Cóż się dziwić? Zabawa to przywilej dziecka z którego trudno zrezygnować. Szczęśliwie jednak dotyczy to wyłącznie tych momentów kiedy dziecko się jeszcze nie "wybawiło". Ostatnie wystąpienie miało miejsce podczas wizyty w jednym z przedszkoli (ocena adaptacji w grupie), gdzie na sygnał dzieci miały zakończyć zabawę chowając zabawki i przejść do kolejnych ćwiczeń. Uwierzcie mi, że nawet najwięksi ignoranci z 8 osobowej grupy przedszkolaków zwrócili uwagę na osobę Franka, choć mieli baaardzo dużo powodów do tego aby je zignorować (grupa słabiej funkcjonująca). Osobiście Frankowi się nie dziwię, bo w bloku 45min przeznaczonym na "zabawy dowolne" zmiana zabawek po 15min nie jest zbyt uczciwa. Ile torów można w 15min rozłożyć i ile pociągów zdobyć czując oddech konkurencji (nierzadko gotowej do agresywnej aneksji mienia).

Franio nie lubi jabłek ... innych niż te które lubi. Choć na odmianach jeszcze się nie zna to zawsze przed konsumpcją właściwą, jabłuszko należy polizać aby sprawdzić gatunek (Ligol, Jonagold - twarde i soczyste - oto prawdziwe jabłko). Z punktu widzenia zdrowia małego alergika, najmniejszą ilością fenoli (tu niezbyt porządanych) cieszy się odmiana Red Delicious (dostępna niekiedy w marketach Biedronki).

Franio nie lubi jak w "płynnej" zupie trafi się cząstka stała (np w postaci kawałka warzywka). Kluseczki w zupie to jednak co innego i są akceptowalne. Przy wykryciu intruza całość idzie do analizy na pulchatą łapkę, a z niej do talerza. Trudniejszą w akceptacji formą dla osób o słabych nerwach jest parsknięcie taką oszukańczą potrawą w akcie sprzeciwu przed jawnym oszustwem.

Babka płesznik. Coś strasznego! Udało się ze smakiem tylko pierwszą łyżeczkę (z westchnięciem "aaaach" - w domyśle: "jakie dobre":). Druga łyżeczka rozmoczonych bezsmakowych lepistych ziarenek, zostala przyjeta kolejnego dnia przez zaskoczenie, lecz w kolejnych już dniach próby kończyły się fiaskiem i mnóstwem ziarenek wyplutych na wszystko dookoła z nieukrywanym grymasem na twarzy i płaczem. Ostatnia próba miała miejsce w wannie. Woda wyglądała jak po inwazji czarnych pcheł.

Ostatnio nie lubi się kąpać w następstwie czego jest czas na sen (trudno to stworzonko zmęczyć jak baterie ładuje w 10min drzemki). Perswazja siłowa, lub spryt mamy są jednak w stanie w obu przypadkach zaradzić.

Pozycja na plecach - jest niedozwolona, nieakceptowalna, stresująca i w żadnym wypadku niedopuszczalna. Jeśli wziąć Franka na ręce jak małą dzidzię w pozycji na plecach wytrzyma do ok 2sek, po czym nastąpi seria wężowych wykrętasów zwykle napawająca osobę trzymającą strachem, że zaraz dziecko wypadnie z rąk.

Przykrywanie podczas snu ... śpi czujnie jak kura, więc każde przykrycie choćby najdelikatniejszym i najlżejszym kocykiem spotyka się z natychmiastową interwencją śpiących kończyn. Tu jednak po wprowadzeniu diety i zminimalizowaniu fenoli opór coraz częściej jest zastępowany ... akceptacją!

Bywa, że Franio w słabszy dzień nie lubi jak się go prosi aby wyrzucił nazbierane z żywopłotu kulki (owoce tego krzewu). Czasem rozstanie z tym drobnym obiektem pożądania przebiega w łagodnej formie, czasem jednak nie jest łatwo zrozumieć tą narzuconą niesprawiedliwość - bo jaki miałby być powód aby nie zanieść tych kulek do domu i nie wozić ich autami? Innym razem po "Franiu, ale nie zbieramy kulek. Trzeba je wyrzucić!" otrzymujemy jasny komunikat głową na "tak" (taka nieformalna zgoda), po czym kulki są wyrzucane na ziemię i po chwili następuje konsternacja, sprawdzenie zawartości rączek i płacz z niedowierzaniem "co ja najlepszego zrobiłem? Gdzie są moje kulki?" i paniczne poszukiwanie ich w trawie, w którą zostały rzucone. Ostatnio był śnieg, więc łatwo było je zauważyć by ponownie pielęgnować w dłoni. Trudność polegała jednak na tym, żeby chwycić kulkę (mniejszą od groszku) w pięciopalczastej rękawiczce, która nie dość, że się ściągnęła jak skarpeta i po dwa palce w jednym paluchu chowała przed mrozem, to jeszcze przyklejał się do niej ten mokry i zimny śnieg. Wszystkie te czynniki przy każdej próbie podniesienia owocu ze śniegu wywoływały jęk niezadowolenia ('uuu').

Dużo tego nie ma, ale od tych aktów zdenerwowania przeszliśmy już do rytuałów, a to już materiał na osobny post.

piątek, 30 stycznia 2015

Wpadki / wypadki, co nas próbuje skruszyć

Wynajmowane mieszkanie na Pradze. Godzina ... spania. Mrok pokoju rozświetla tylko światło nocnej lampki. Śpi młody (na brzuchu taty), śpi i czuwający nad nim "strażnik".
"<łubudu>"
"- Gdzie Franek?" (wpada wystraszona kobieta z kuchni)
"- Śpi"
"- Jak śpi? Gdzie Franek pytam? Gdzie dziecko zgubiłeś?"
"- ... nooo spał tu jeszcze przed chwilą ..."
" ..."
"- Żeby dziecko za kanapę wpadło ... co za nieodpowiedzialny człowiek"

Za kanapę, pod kanapą ... było nieco tych niefortunnych upadków. Głównie spowodowane migracją śpiącego rycerza podczas snu.

Zęby mleczaki! Rozśmieszą bez powodu i rozmiękczą do łez. Te dają nam w kość od 4-go miesiąca (i nie chodzi tu o kwiecień).

Pierwszy kurczak. Tak łapczywie jedzony, że niestrawiony wraz z inną zawartością pokarmową, przerywając sen sieje zniszczenie na 3 kompletach pościeli. Do rana śpimy pod kocami. Konwulsje rodem z "Egzorcysty" bezceremonialnie obchodzą się z kilkunastokilogramowym ciałem małego roczniaka. Siła trzewi wręcz miota Frankiem.

Metrowej wysokości podest na placu zabaw. Obrót w pozycji siedzącej i ... zabrakło 30cm podłoża aby zmieścił się drugi pośladek i pulchata łapka (a 'ma ma' ostrzegała!). Upadek na plecy. Dość mocny, choć zamortyzowany przez nogę, która ugrzęzła w siatce z liny. Ten plac zabaw - spalony!

Gumka w nosie (już było).

Lądowanie w "Sekwanie" (między gondolą a lądem), ale "na sucho" - zmoczył i obił się tylko 'ta ta' zanurzając do piersi w wodzie. Syn suchy choć wystraszony.

Spotkanie ze ścianą w hali przylotów (ojciec się zmieścił w drzwi, dziecko przenoszone "na takim baranie" już nie, bo framuga drzwi była obniżona nieproporcjonalnie do wysokości pomieszczenia). Barani pochód za tłumem.

70cm długości "zimne ognie". Dużo radości na balkonie przed snem, przynajmniej, dopóki pulchata prawa łapka nie chwyta ponad lewą ręką trzymającą 'dzz dzz' w bezpiecznej odległości zaciskając się na pręcie. Niestety trafia zbyt wysoko - na fragment dopiero co wygaszonego 'zimnego' ognia. Altacet, Alantan, trzy poprzeczne pręgi przez dłoń. Łapka (dłoń) ma 'ku ku' i wymownie bezużyteczna, nie bierze udziału w żadnych zabawach aż do następnego wieczora.

Glu10 (czyt. gluten) - coś co zawsze było w pszenicy i zbożach, jednak nigdy tak toksyczne jak obecnie.

Laktoza (czyt. mleko) \ kazeina (czyt. białko mleka) - coś co od wieków stanowiło podstawę budowy dobrych kości u dzieci. W ostatnim czasie jak wiele - również o wyewoluowanym składzie.

Glukoza/Fruktoza/Cukier - o ile to cukier złożony to dobra pożywka ale dla "Candida albicans". Każdy to ma, nie każdy wie. Jeśli cukier prosty - znacznie już lepiej.

Fenole - odpowiedzialne za nadaktywność, czerwone uszy, głupawki, wybudzanie w nocy, pocenie nocne. Rozwiązanie: Dieta Feingolda.

czwartek, 29 stycznia 2015

Co lubi Franio?

Tu krótko ... się nie da :)
Jak jeszcze Franuś był mały srajtuś (do roku i 8 miesięcy), uwielbiał huśtawkę, czy to na placu zabaw czy w domu. Aktualnie odeszła na dalszy plan, choć ostatnio nas zaskoczył potrzebą pobujania się ... około północy przed samym zaśnięciem. Oczywiście była z tego tytułu awantura. Jak się okazało najprawdopodobniej wywołana tym, że huśtawka bez pozwolenia została zdjęta!
Ostatnio huśtawka wróciła więc do łask i kilkukrotnie już (jak niegdyś) utuliła do snu w środku dnia (aktualnie około 16:00).
W sezonie wiosna-lato-jesień uwielbia rower. Najlepiej jak jadą dwa: taty z Franiem w przednim foteliku i mamy (z koszykiem na przodzie). Nawet zimą, jak tylko jest w garażu przy schowku (piwniczce), dziuga paldonem aby wyciągać rower .
Podróże komunikacją miejską - pociąg, autobus. Coś wspaniałego. Można wlepiać się w szybę autobusu a tam, przemykają obrazy jak na filmie. W pociągu natomiast zwykle można pobiegać i pozaczepiać pasażerów. Niech no tylko któryś wyciągnie kanapkę, lub zacznie buszować w torbie! Takich okazji się nie odpuszcza! I te zaklęte drzwi które się otwierają przy niemal każdej okazji na stacji. Jak tylko się uchylą, można wyjrzeć i zaczerpnąć łyk powietrza.
Podróże samochodem. Gdy tylko tata wsiada do auta, Franek też chciałby podróżować (czasem najchętniej bez fotelika). Można więc wnioskować że lubi naszą StrucelFieścinkę.
Uwielbia wielkie drzwi przesuwne w LeroyMerlin i nie przeszkadza mu jak otwierając się wciągają mu pulchatą łapkę, która dotyka szyby w ten sposób pomagając drzwiom się otworzyć.
Frytki z McDonalds. Teraz już nam nie wolno, 'ne ne ne'. Glu10 (czyt.: gluten) i wielokrotnie przetworzone ziemniakopochodne "coś" (choć smakuje naprawdę przyzwoicie i fajnie parzy w łapki).
Lody śmietankowe od Grycana. Też już nam nie wolno - laktoza.
Muffinki Cioci Kasi z mąki gryczanej i innych "czystych" składników.
Ko! Znaczy również Kotlet! czyli tzw Boguberki - kotlety babci Bogusi, kotlety mamy i cioci (indyk z cebulką na oleju kokosowym),
Do niedawna - ciastka Belvita. Pszenne znaczy zatrute, więc nie możemy.
Banany - tylko te ciemne - bo zdrowe dla brzuszka.
Jabłka - już w ograniczonej ilości (max 0.5 dziennie, do niedawna 2-3 dziennie). Zawierają fenole, a te jeśli niestrawione, powodują że czupryna mokra ... poduszka mokra ... piżamka mokra - takie spanie w sadzawce.
Sklepy z zabawkami: Smyk, Toys'R'Us i inne.
Pojazdy z serii HotWheels, pociągi z bajki Tomek i Przyjaciele, klocki Duplo.
Ruchome pojazdy w centrach handlowych (początkowo bardziej jako przedmiot fascynacji technologią, pneumatyką, elektroniką, aktualnie już jako odważny i coraz bardziej świadomy pasażer). Do niedawna pewne było że wrzucona do maszyny dwuzłotówka na mur-beton Franka z pojazdu wykurzy. Aktualnie po wyjeździe zagranicznym i ujarzmianiu polskich (!) maszyn ze strefy rozrywki, z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że wrzucona przez Franka moneta zostanie w pełni wykorzystana.
Ciastolina, wyciskarka, foremki, nożyki, ...
Naklejki i obklejanie wszystkiego na potęgę (w zasadzie to bardziej niż obklejanie interesuje go odklejanie samych naklejek, z taką odklejoną coś jednak trzeba zrobić więc się ją przykleja żeby uwolnić od niej rękę - nietypowe podejście).
Kredki i malowanie.
Drobne owoce (kulki wielkości owocu porzeczki) z żywopłotu. Przedmiot niczym niepohamowanej, botanicznej fascynacji Frania.
Gumki 'looms'. Małe gumeczki do tworzenia kolorowych bransoletek. Tzw. 'ku ku' z uwagi na niezbędną interwencję laryngologiczną na oddziale SOR po eksperymencie "zielona gumka hop do noska". Jakież było nasze zdziwienie i rozczarowanie gdy laryngolog po miejscowym znieczuleniu wyciągnął szydełkiem, już chyba gdzieś spod oka albo gardła (na głębokości około 7cm!), gumkę koloru fioletowego!.
Teraz wspominamy to zdarzenie nieco z uśmiechem, jednak wówczas, ta magiczna sztuczka ze zmianą koloru generowała przerażającą myśl "co jeszcze i w jakiej ilości możemy znaleźć w tym małym nosku?". Do tej pory żadne powikłania nie wystąpiły, więc tajemnicza podmiana musiała się odbyć jeszcze przed załadowaniem kulki do armatki.
Śrubki, nakrętki, podkładki, generalnie wszystko "świecące", metalowe i drobne - uwielbia jak sroka. Gdy tylko tata skręca jakąś szafkę, a Franio usłyszy brzęk wysypywanej do plastikowego pudełka po serku drobnicy, natychmiast zabiera ją na przejażdżkę autami (wtykając do kabiny jako pasażerów), lub skrzętnie "odlicza" układając w bliżej nieokreślone wzory, lub nieregularną armię.
Dział oświetlenia w Castoramie lub LeroyMerlin - ma tam swoje ulubione lampki i można zaczerpnąć zawsze wody z dystrybutora bo jest na właściwej wysokości.
Franiowa poduszka. Jest tylko jedna taka - puchata IKEA w kraciastej poszewce. Bardzo funkcjonalny przedmiot. Można w nią tłuc łapką a ta, i tak bezlitośnie się odkształci. Można jej przyszczypywać rogi przed snem wykrzykując 'Iiiii je!', a ta nic nie zareaguje. Można ją próbować poskromić oplatając między nogami. Można też ... zapomnieć o niej, jeśli zasypiamy poza domem.
Drzemka w aucie. Kiedy inni oddają się przyjemności kierowania pojazdami mechanicznymi, Franio oddaje się w objęcia Morfeusza (szczególnie na krótkich odcinkach, kiedy musimy się szybko przemieścić). Sygnałem na to, że Franio dotarł "na drugą stronę" jest upadający samochód (dotychczas ściskany w łapce), lub nieudolna próba siłowej perswazji "Franio, nie zasypiaj!" z towarzyszącym potrząsaniem całym fotelikiem, dowolną kończyną czy częścią ciała. Nie ma takiej siły, która by otworzyła zamknięte w takich warunkach oko! Co najbardziej niezwykłe jednak - takie 10min potrafi CAŁKOWICIE naładować akumulatory i wskrzesić do dalszej zabawy najbardziej padnięte dziecko.

wtorek, 27 stycznia 2015

Frankowa podróż / słownik

Frankowa podróż przez życie zaczęła się niezbyt dawno bo w 2012 roku, jednak miał już okazję zasmakować nieco tego świata i schematów przez niego narzuconych. Choć to dopiero początek drogi w jaką przyszło nam WSPÓLNIE i ODPOWIEDZIALNIE wyruszyć, historię tą, i w pierdyliard stron trudno byłoby zamknąć. Pierdyliard to znaczna liczba więc i wyzwanie, a wyzwania lubimy, oj lubimy, stąd pokusa przedstawienia studium naszego przypadku.

"- Słyszałam, że Wasz Franio nie mówi!"
"- Tak, to prawda, jeszcze nie mówi"
"- A ile on ma już?"
"- Ponad 2.5 roku i tak ... jeszcze nie mówi. Ale zaraz ... jak to 'słyszałaś'? Przecież nie mówi!"

Prawda jest taka, że Franio nie mówi ... zbyt wiele, w zasadzie mówi ... mało, w zasadzie ... nie zapytany - nic nie mówi. Tak to dziwne, jednak to prawda - o ile 'mówimy' o mowie spontanicznej. Nie jest jednak tak, że nie potrafi mówić wcale. Na swój sposób potrafi. W dobrym nastroju (choć głównie w pojedynkę) wokalizuje sobie, ubarwiając tym samym zabawę. Potrafi powiedzieć jak robi:
  konik (kiedyś 'icha', teraz ewoluował do odgłosu kopyt na bruku 'kl kl'),
  krowa ('mmm') - wiem, skromnie,
  małpka ('u u'),
  lew/tygrys co mu dupę wygryzł ('aurrr')
  krokodyl/dinozaur ('arr' lub 'grr' zupełnie jak George z PeppaPig),
  piesek (piesek nie robi 'hał hał' tylko 'he he he' bo pewnie się zdyszał a jęzorem przecież oddycha),
  kotek (kotek za to robi piskliwe 'mił' jak prawdziwy mały kotek),
  kurka ('ku/ko'),
  wąż ('sss') - to proste :)
  traktor ('tyr tyr tyr'),
  auto ('brm brm'),
  ciuchcia ('csii csii'),
  telefon/dzwonek ('dzn dzn'),
  tablet ('tan-ta', 'tran-ta') - od lutego 2015
  tutitu ('tutti' lub 'tutt ti tu') - od lutego 2015 - to tytuł animowanej bajki edukacyjnej dla dzieci
  płatki kukurydziane ('klam klam') od początku marca 2015

Bezbłędnie również jest w stanie potwierdzić ('ta') lub zaprzeczyć ('ne ne ne') wymownie kręcąc głową, aż złota czupryna tworzy coś na kształt parasola.
Umiejętnościami w zakresie komunikacji potrzeb również możemy się pochwalić:
  (chcę) to! - ze wskazaniem na przedmiot ('zdzis' - to chyba z angielskiego 'this'),
  pić! - ('css')
  i bardzo podobne (bo i pokrewne dla tej potrzeby) - siku/kupa ('sss')

Franio nie wie jednak jak robi żyrafa i lis (ale wielu dorosłych również nie wie). Za to pięknie poproszony mówi 'ma ma', 'ta ta' (choć słabiej już bo jednak mama stanowi filar), 'ba ba' choć przy tym ostatnim wymaga to skupienia na twarzy rozmówcy co jest trudnym osiągnięciem.
Odgłos niezadowolenia jeśli coś się wydarzy nie po Franiowej myśli (w bajce ktoś komuś przyleje, komuś coś upadnie, rozłączą się tory, przewróci wieża z klocków, ...) - zawsze w takich sytuacjach pojawi się wymowne gardłowe 'uuu'. To piękny i bardzo specyficzny dźwięk - spróbuj powiedzieć 'u' i 'r' jednocześnie.
Taki to jest właśnie słownik Frania (być może doczeka się osobnego posta bo słownik cały czas nam się poszerza).

Ale co najpiękniejsze, na pytanie "Franio kochasz mamę (tatę)?" Franio odpowiada wymownie 'KO!'

"My też Ciebie Ko!"

Co ciekawe ... "Ko", to też KOtlet oraz mleKO, ale wymowność odpowiedzi na powyższe pytanie zdecydowanie wyróżnia miłość od "schaboszczaka" na mące kukurydzianej.

2016-2017 (wiek 4-5lat)
   łoziłem łafelka
   nie jest źle tak
...
koniec 2017 (wiek 5 lat)
   apiklacja - aplikacja
   na chile wrócam
   ne było ne łatwiej
   akbadakabla
   jest chora łapka jemu
   nieleń
   kery było wysmakowane