Mimo, że w życiu codziennym wiele z osób pieczołowicie pielęgnuje swoje rytuały (czy to picie herbaty w ulubionym kubku i miejscu, czy też mniej świadome czynności), w autyzmie rytuały są niepożądanym zjawiskiem.
Wraz z rozwojem dziecka ulubione czynności się zmieniają (tak jest przynajmniej w przypadku Franka), stąd jedne zanikają, inne zaś (dotychczas ukryte) się nasilają.
W przypadku Frania, pierwszym chyba rytuałem była huśtawka. W jordanku (fajne słowo - czyt. na placu zabaw) nim zamknęła się furtka Franek stał już przy huśtawce. Problem był kiedy była zajęta :)
Huśtawka musiała być użytkowana minimum kilkanaście minut (20min to optimum żeby opuścić ją bez większych awantur).
Huśtawka miała też swoje ogromne znaczenie w domu/domach. W domu rodzinnym - umieszczona na drążku rozporowym w drzwiach, w mieszkaniu usilnie spłacanym bankowi - zakotwiona do sufitu. W kulminacyjnym okresie służyła jako terapeutyczne narzędzie do zasypiania. Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie. Występował do ok 2-go roku.
Drzwi, drzwiczki, szuflady. To rytuał mimowolnie wprowadzony przez dziadka, który jeszcze niemowlaka "oprowadzał" po kuchni i uczył otwierania szafek. Trudno się dopatrywać w tym niezdrowych zachowań - generalna zasada jest taka, że wszystko co jest otwarte, trzeba zamknąć. Franek nie pozostawił żadnej otwartej szuflady, czy szafki, nawet jeśli była to jawna prowokacja. O ile można by tu mówić o dobrym wychowaniu i dbałości o porządek, o tyle w przypadku drzwi z domykaczem (mechanizmem spowalniającym zamykanie) procedura zawsze musiała się zakończyć sprawdzeniem czy oby drzwi zostały właściwie zamknięte. Należało poczekać do momentu aż się domkną. Zapewnianie, że domkną się z całą pewnością, nie wchodziło w rachubę. Drzwi musiały się zamknąć i basta! W sytuacji gdy domykacz był wyregulowany na powolne zamykanie proces się wydłużał i niekiedy Franek sam drzwiom pomagał. To samo drzwi windy - tyle że tu jest celowa zwłoka czasowa, więc wyglądało to tak: otwarcie drzwi, wysiadka, niecierpliwe oczekiwanie na zamknięcie, zamknięcie drzwi, chwila zadumy, zamknięte, można iść.
Ulubione drzwi: wielkie przeszklone automatyczne w Leroy Merlin. Jeden z rytuałów zakończył się wciągnięciem (przycięciem) serdelkowych paluchów w intrygującą wnękę w której drzwi się chowały. Z uwagi na ówczesne działanie opioidów - bez oznak bólu.
Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie. Pozostałości można się doszukiwać w ponaglaniu do otwarcia drzwi windy.
Rower. Tu rytuałem było (jest?) to że przy każdej okazji gdzie rower był zauważony i dostępny (szczęśliwie tylko nasz!) Franek chciał być jego pasażerem usilnie się na niego gramoląc nawet jeśli nie było zamontowanego fotelika. Nie do opisania jednak była ta cicha euforia która rozgrywała się w tym małym ciałku jak już zostało zapięte w foteliku (przednim)! Myśl o tak zadowolonym pasażerku dodawała sił na każdym nawet najbardziej stromym podjeździe.
Aktualnie rytuał nadal aktywny choć uśpiony w okresie zimowym, lub przerzucony na sanki. Nieszczęśliwie obok naszej piwniczki w garażu podziemnym, sąsiedzi składują sanki które pożyczaliśmy, więc albo rower, ... albo sanki, albo ... no właśnie - trzeba dać dziecku jakąś alternatywę. Czasem wystarczy wyjaśnić, że idziemy tylko do samochodu, czasem do tego samochodu dostarczyć "siłą".
"Kot". Miauczący (póki nie padły baterie) trójkołowiec z rączką. W sezonie letnim, mimo naszych obaw cieszył się ogromną popularnością jako środek transportu dla leniwych nóżek. Fascynacja o tyle uporczywa, że za każdym razem po skończonym spacerze należało bestię ukrywać w piwnicy aby można było wyjść w Frankiem z domu bez kota, który w samochodzie był zbędnym wyposażeniem.
Kamyki ozdobne rabatowe / doniczkowe (taka biała "posypka" - wypełnienie donic a czasem ogródków). Zbieranie, przekładanie, noszenie, przesypywanie itd. Aktualnie rytuał wygaszony samoistnie.
Kulki - owoce krzewów osiedlowych. Tu fascynacja tymi czarnymi mniejszymi od groszku owocami, nadal się utrzymuje. Niemal za każdym razem, przechodząc wzdłuż 250 metrowej długości żywopłotu należało się zatrzymać co 30cm i uszczypnąć kilka kulek. Kulki i kot w szczytowym okresie trochę się uzupełniały bo kocur posiadał bagażnik w postaci misy na którą można było kilka kulek urwać, co pozwalało wytchnąć łapkom i trzymać się kierownicy.
Kulki nadal cieszą się dużą popularnością, tym bardziej, że w okresie zimowym po pozbyciu się listowia przez żywopłot, owoce które się zachowały są doskonale widoczne i aż proszą się o zerwanie.
Aktualnie rytuał zastępują paprochy z dywanu (wszystkie drobiny możliwe do zebrania chwytem pensetowym) lub zmechacone kawałki materiału (narzuta, sweter mamy). Tak więc jeśli ktoś dysponuje mocherem, Franek chętnie go ogoli (5zł z metra).
Wszystkie paprochy lądują w autach (tam gdzie jest jakikolwiek otwór - kabina, skrzynia, bagażnik) lub wagonach pociągów. W sumie - czemu te pojazdy mają jeździć "na pusto"?
Z ostatnich obserwacji wynika, że i ten rytuał odchodzi do lamusa.
Hitem ostatnich tygodni lutego okazało się być jednak ... "TuTiTu". Początkowo myślałem, że to dźwiękonaśladownictwo, ale ktoś naprawdę tak nazwał bajkę! To renderowana animacja o latającym statku, który rozsiewa po scenie różne elementy, które złożone razem tworzą jakiś przedmiot (ciuchcię, plac zabaw, telefon, rowerek, ...). Jednym słowem "Adam Słodowy" dla najmłodszych.
Jak zaznaczyłem na wstępie, lista jest zmienna, więc z pewnością post będzie jeszcze niejednokrotnie aktualizowany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Chcesz skomentować? Komentuj! Jednak strzeż się własnej głupoty i próżności.