2 tygodnie słuchania w ramach TL za nami (w zasadzie to za Franiem) więc pokusić się można o jakieś podsumowanie (tym bardziej, że teraz uszy i mózg odpoczywają przez tydzień przerwy).
Zaskakujący był już sam start. Mama i tato bardzo się go bali. Oboje przeczuwaliśmy, że przekonanie Franka do założenia słuchawek które nie będą sprzęgnięte z tabletem i bajkami/filmami z YT będzie baaardzo trudne. Szacowane przez p. terapeutkę 3-4 dni adaptacji zostały skrócone do ok. 30min! Mimo zdecydowanego sprzeciwu wobec słuchawek na głowie, udało się zainteresować Franka akcesoriami z jakich przychodzi korzystać przy terapii SI (ciekawość ma przerażającą moc!) i w zamian za założenie słuchawek uzyskać dostęp do interesującej zabawki (tu hitem okazały się: drewniany tor z pociągami i masażer na karbowanych kółkach). Kłopotem okazało się utrzymanie słuchawek na głowie zwieszonej w dół nad torami z pociągami. Z uwagi na konstrukcję (nie mogą nadmiernie uciskać a są naprawdę lekkie i wygodne) w takiej pozycji po prostu zjeżdżały z głowy co spotykało się z brakiem akceptacji takiego stanu ze strony małego pacjenta. Umowa była bowiem taka: "bawimy się pociągami jak słuchawki będą na głowie". Wobec tak postawionych warunków KAŻDE bezwiedne zsunięcie się słuchawek ze złotej czupryny NATYCHMIAST było korygowane przez Franka SAMODZIELNIE lub (w przypadku gdy słuchawki całkowicie zjechały z głowy) ktoś z dorosłych był proszony o ich PONOWNE założenie. Słuchawek, które przez pierwsze kilkanaście minut zajęć zostały znienawidzone i uwalniały taką złość i emocje jakich dotychczas NIGDY nie doznaliśmy! Magia!
Aby nie zaprzepaścić sukcesu, po pierwszych próbach odpuściliśmy stabilizację słuchawek za pomocą gumowej taśmy, która zwykle przytrzymuje słuchawki na małych głowach, a w tym przypadku nie cieszyła się dobrą opinią ciągnąć włosy jak za mały czepek pływacki. Korekta położenia słuchawek była więc dokonywana ręcznie. Gumka na następne zajęcia wyewoluowała więc do "bandany" wiązanej na głowie. Tak oto Franek pojednał się ze słuchawkami terapeutycznymi (Sennheisser HD500A).
To pierwszy krok milowy terapii TL - 23minuty słuchania na pierwszych zajęciach w znienawidzonych słuchawkach! Kwestię histerycznego sprzeciwu wobec sprzątania pociągów i obrazę na terapeutkę (co wyszło kolejnego dnia), która mimo wszystko pociągi chciała schować - pominę.
Drugim krokiem milowym była niemal natychmiastowa reakcja na słowa terapeutki (bez użycia gestów wskazujących) "Franek nie podoba mi się jak siedzisz". Franek siedząc klasycznie w pozycji "W" z tyłeczkiem pomiędzy stopami (taka rozklapiona pozycja "na kolanach") natychmiast poprawił się siadając z wyciągniętymi do przodu wyprostowanymi nogami. Co to oznaczało? Słyszy, słucha, rozumie i reaguje! Wszystko jak się okazuje jest kwestią motywacji i metody dotarcia informacji.
Trzeci krok milowy to zwiększona koncentracja przy wykonywaniu "zadań/ćwiczeń/zabaw". Czasem do tego stopnia, że głowa "parzyła" a koszulka aż wilgotniała.
Czwarty krok milowy to koordynacja ruchowa, która mimo wcześniejszych prób (przed rozpoczęciem terapii) pozostawiała wiele do życzenia. Tu zbawienne okazało się zaplanowanie ruchu a przede wszystkim jego zrozumienie. Rzut piłki podczas bujania się w hamaku jest najskuteczniejszy kiedy hamak jest wychylony niemal maksymalnie w kierunku, w którym ją rzucamy (nie jak to bywało kiedy "wraca"). Chodzi choćby o to, żeby zrozumieć że najlepiej piłkę wypuścić z rąk wspomagając się dodatkową siłą wyrzutu samego hamaka (huśtawki).
Ostatnie dwa elementy doskonale podkreśliło ćwiczenie realizowane już w domu podczas zajęć niedzielnych kiedy to sami musieliśmy realizować terapię TL. Sceneria: tor przeszkód z krzeseł, dwóch foteli, podnóżków, stolika, dwustopniowego drewnianego taboretu i śmietnikowych skarbów taty (ścinki białej płyty meblowej). Przez tak rozstawiony tor przeszkód należało przenieść dwie (taką ilość zawodnik wybrał) piłki z suchego basenu umieszczając je na końcu toru w pudełku po badziewnej, chińskiej, zdalnie sterowanej motorówce z Allegro. Nie byłoby w tym może nic trudnego, gdyby nie fakt, że rozstawione elementy wymagały nieco kombinowania bo reprezentowały:
- różną strukturę/fakturę (miękki fotel utrudniający zachowanie równowagi vs twardy stołek),
- różną stabilność (bujany fotel IKEA vs krzesło vs odwrócony podnóżek pracujący jak pływająca tratwa,
- różną wysokość (+/- 15cm w tak zmiennych warunkach to dla dziecka spore wyzwanie),
- różny układ nie zawsze pomagający w ruchu (fotel pochylony poprzecznie do ruchu).
Zadanie było wykonywane z taką pasją, skupieniem i entuzjazmem jakby uczestniczyło w nim jeszcze co najmniej kilku zawodników, a ich oddech czuć było na plecach. Piłki w rękach skutecznie uniemożliwiały podparcie w sytuacjach utraty równowagi (np. na poprzecznej pochylni jaką był fotel) i wymagając wsparcia się nadgarstkiem (aby nie utracić piłek). Z każdym przejściem tor stawał się łatwiejszy, ruch bardziej przewidywalny. Wiadomo np. było że przejście z twardego taboretu na miękki fotel grozi utratą równowagi, a ze stolika na pochyły bujany fotel wymaga podparcia aby nie wylądować na jego oparciu.
Tor w następnej odsłonie ewoluował do cyrkowych występów. Zastosowane zostały dwie półtorametrowe kładki z płyty meblowej rozmieszczone pomiędzy rozsuniętymi krzesłami na których znajdowały się poduszki o które się kładki wspierały. Celowe użycie poduszek spowodowało że kładki stały się "pływającym" na wysokości 0.5m pomostem. Przejście przez nie wymagało koncentracji aby nie stracić równowagi i nie wpaść w ramiona asekurujących taty (asekurującego z dala), czy mamy (preferującej bliski kontakt).
Kolejna odsłona toru przyniosła utrudnienie w postaci rozstawionych po torze plastikowych pachołków, które należało zebrać. Trudność polegała na tym że należało połączyć kilka ruchów: zachować równowagę np. zatrzymać się na środku kładki gdzie znajdował się pachołek, schylić się po niego (co wymagało stałej kontroli pozycji własnego ciała i kontroli niestabilnego podłoża - kładki na poduszkach), podnieść pachołek, odwrócić go "do góry nogami" (jak rożek do lodów) i umieścić w nim wszystkie dotychczas zebrane pachołki ("rożki") uważając aby z pierwszego z nich nie wypadła piłka (lekka plastikowa z suchego basenu). Wszystko to na środku niestabilnej "deski" szerokości kilkunastu centymetrów.
Inne przeszkody oprócz takiej podniebnej kładki to:
- przeszkadzajki, które należało ominąć (jak szczotka-jeż na którą wdepnąć nie byłoby miło),
- dziurawe kładki (półki regału z desek pomiędzy które może wpaść stopa),
- pochylnie (z tego samego materiału).
Jednym słowem - 10 w 10-stopniowej skali trudności malucha ze spektrum autyzmu.
Największym prezentem dla konstruktora takiego toru była szczera chęć pokonywania go w kulminacyjnym momencie okraszana wypowiadanym pod nosem "noni, noni, noni" (to akurat cytat z bajki o cyrkowcu Pumba czyli adekwatnie dobrana do sytuacji fraza).
Tyle w zakresie ruchu, choć można do tego jeszcze dodać znacznie rozszerzone umiejętności w zakresie planowania ruchu, kontroli własnego ciała (np. zeskok ze zjeżdżalni odbywa się już bez upadku).
Rozwinięciu uległy również koncentracja słuchowa, kontakt wzrokowy (czasem zachowywany tak długo, że się kolana uginają przed tymi świdrującymi niebieskimi oczami), język (doszły dodatkowe określenia: "klam klam" to płatki kukurydziane, "uni" to piosenka "Buni"), potrzeba interakcji z innymi dziećmi podczas zabawy, częstsze niż dotychczas zachęcanie do zabawy dorosłych, zabawa pozorowana lub przełożenie rzeczywistego zachowania na zabawę (nalewanie do mikrowiaderka wody z kranu aby napoić Playmobil'owego konika).
Tak więc dzieje się naprawdę mnóstwo dobrego.
c.d.n.